To szczególne - spotkałem po raz pierwszy Dawida wtedy, kiedy postanowił, że uratuje od śmierci swojego mistrza i nauczyciela. Stałem na postoju taksówek, zdenerwowany jak wszyscy, w zacinającym deszczu, kiedy nagle on odwrócił się do mnie z sobie tylko właściwym wdziękiem i spytał:- Chcesz jechać ze mną?
Jeszcze dzisiaj widzę twoją chorobliwą urodę, Dawidzie, czającą się w wykroju ostro zarysowanych policzków, w rozdętych białych chrapach, gorzkim grymasie grubych, purpurowych warg i przepastnym spojrzeniu piwnych, lekko skośnych oczu. I twoje ciało dorodne, tak nieprzyzwoicie udane, silne, ale całe zrobione jakby z delikatnych niebieskich żyłek i czułych dygocących nerwów. Miałem wrażenie, że gdybyś wyszedł nagi na ulicę, nie byłoby to może największym twoim grzechem.
- Ależ panie dyrektorze, jeszcze w siedemnastym, a nawet osiemnastym wieku nie widziano nic zdrożnego w tym - mówiła Irena rozszerzając i mrużąc na przemian zielonkawe oczy, bo raziły ją skierowane za scenę jupitery - aby pobawić się genitaliami młodego chłopca, doprowadzić go do erekcji i tak dalej...
- Boże! - krzyknął zachwycony choreograf. - Przecież to był istny raj! Przeklęty niech będzie wiek dziewiętnasty ze swoim obłudnym mieszczaństwem! Ciekawe, czy siostry Napoelona bawiły się jeszcze jego kuśką...
... gdy nagle część stawianej właśnie dekoracji zawaliła się przygniatając, wręcz grzebiąc pod stertą dykty i żelaznych szyn ciało dyrektora. Irena w jednej sekundzie szoku, stojąca wśród zwałów kurzu i biegających na wszystkie strony krzyczących ludzi, doznała dziwnego uczucia, jakby stało się właśnie to, co stać się powinno. Ta potworna myśl zmroziła ją całkowicie. Przecież lubiła biedną "Stefcię", jak po cichu wszyscy go nazywali, wybaczała mu jego niepotrzebne kaprysy, obrażalskość i arogancką wiarę w swój wątpliwy urok. Jego krzykliwy głos był skandalem, jego istnienie było skandalem, ale jednak miało w sobie coś koniecznego jak pasożyty, które widziała kiedyś w otwartym gardle zabitej sarny. Ponieważ był naprawdę świetnym choreografem. Ponieważ w gruncie rzeczy był to cokolwiek wyrośnięty, gruby chłopak, któremu bardzo brakowało czułości. Ponieważ kiedyś przekonała się, że jednak posiada pewną klasę. Zadzwoniła do niego z mieszkania Dawida, który słuchał wszystkiego z drugiego aparatu. Rozmowa dotyczyła pozornie projektów kostiumów do Bachantek, ale już po chwili Irena powiedziała:
- Byłam w Krakowie.
- Po co byłaś w Krakowie?! - spytał dziwnie napastliwym tonem.
- Spotkałam w hotelu dwóch chłopców, którzy opowiedzieli mi o sobie i o panu ciekawą historię...
Zapadła chwila milczenia, a potem rozległ się rozmarzony głos:
- Takich dwóch bardzo ładnych... tak.
- Bardzo młodych i bardzo ładnych - nie dała się zbić z tropu.
- No niestety, było ich aż dwóch - rozległ się chichot.
- Nie było skandalu?
Po tamtej stronie wyraźnie powrócił spokój.
- Skandal? Nie. To nie był żaden skandal.
Odtąd miała dla swego szefa coś w rodzaju szacunku i zrozumiała, że tak jak ona kiedyś pokochała żonę Irysa Niemyka miłością niemożliwą, tak Stefan Szeolski przez całe życie namiętnie kochał chłopców i było mu obojętne, czy któryś niósł krzyż czy portret przywódcy; zawsze tych rosłych, muskularnych, ze zwichrzoną czupryną i płonącym spojrzeniem. Wcześniej nawet tych, których musiał nazywać swoimi wrogami, mimo że ich krótkie spodenki opinały takie same długie, opalone i owłosione nogi jak jego. Aż dożył czasów, kiedy chłopcy odeszli od wiar i światopoglądów, a żar ich smukłych bioder zaczął wyrażać się w tańcu. O ile najpierw pragnął, aby oni mieli go w sobie, teraz wolał ich do swego wnętrza przyjmować i tym sposobem stał się nieszczęsną "Stefcią" - bryłą ciała, którym wstrząsały drgawki i które krwawiło obficie, przenoszone do karetki.











