ADS 468x60

26 października 2009

Ktoś we mnie / Sarah Waters (fragment)

Po raz pierwszy ujrzałem Hundreds Hill, kiedy miałem dziesięć lat. Było to latem tuż po wojnie; Ayresowie mieli jeszcze spory majątek i nadal trzęśli okolicą. Obchodziliśmy uroczystości Dnia Imperiuml stałem w rządku miejscowych dzieci z rękami uniesionymi w harcerskim salucie, a pani Ayres i pułkownik przeszli obok nas, rozdając medale pamiątkowe. Potem usiedliśmy z rodzicami do podwieczorku przy długich stołach rozstawionych chyba na południowym trawniku. Pani Ayres musiała mieć wtedy jakieś dwadzieścia cztery, pięć lat, jej mąż był trochę starszy, a ich córeczka, Susan, liczyła sobie chyba około sześciu lat. Tworzyli zapewne piękną rodzinę, zachowałem jednak dość mgliste wspomnienie ich postaci. Pamiętam przede wszystkim sam dom, który wydał mi się bez mała pałacem. Przypominam sobie pełne uroku, wiekowe detale: wyblakłą, czerwoną cegłę, przekrzywione okna, poszarzałe, wyblakłe narożniki z piaskowca. Przyczyniały się do zatarcia konturów, nadając domostwu po trosze niepewny wygląd i upodabniając je do bryły lodu, który właśnie zaczął się roztapiać w słońcu.
Oczywiście nie wolno było zapuszczać się do środka. Drzwi wejściowe i balkonowe stały otworem, lecz w poprzek wszystkich zawieszono wstążki zakazujące wstępu; mogliśmy jednak korzystać z klozetu dla służby w części stajennej. Jednakże moja matka znała jeszcze kilkoro służących, zatem po podwieczorku, kiedy reszta gości wyruszyła na zwiedzanie ogrodu, chyłkiem wyślizgnęliśmy się do domu bocznymi drzwiami i spędziliśmy jakiś czas w towarzystwie kucharki i podkuchennych. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Kuchnia mieściła się w suterenie; prowadził do niej chłodny, kręty korytarz, budzący skojarzenie z zamkowym lochem. Przewijały się przezeń tłumy ludzi z tacami i koszykami. Dziewczęta miały takie stosy naczyń do zmywania, że matka zakazała rękawy, aby pomócl ku mojemu zachwytowi, w nagrodę pozwolono mi zjeść trochę galaretek i "figurek", które zostały z podwieczorku. Posadzono mnie przy drewnianym stole i wręczono mi łyżkę z rodowego kompletu - ciężką, ze zmatowiałego srebra, niemal zbyt wielką dla moich dziecięcych ust.
Ale czekało mnie coś jeszcze wspanialszego. Wysoko na ścianie korytarza wisiała skrzynka z drutami i dzwonkami, a gdy jeden z nich zadzwonił, wzywając pokojówkę na górę, zabrała mnie ze sobą, żebym mógł zajrzeć za zieloną zasłonę z rypsu, dzielącą frontową część domu od tylnej. Jeśli będę grzeczny, zapowiedziała mi dziewczyna, mogę tam poczekać. Muszę tylko siedzieć cichutko jak myszka, bo jeśli pani albo pułkownik mnie zobaczą, będzie awantura.
Z zasady byłem posłusznym dzieckiem. Jednakże przejście za zasłoną rozgałęziało się na dwa pełne wspaniałości wyłożone marmurem korytarze, i gdy dziewczyna ruszyła jednym z nich, ja postąpiłem kilka śmiałych kroków w głąb drugiego. Towarzyszący temu dreszczyk emocji był wprost nie do opisania. Nie chodziło o podniecenie wynikające ze złamania zakazu; nie, ów dreszcz pochodził z samego domu, zdawał się bić z każdej powierzchni: z wypolerowanej podłogi, z politurowanych drewnianych krzeseł i kredensów, tafli lustra, spiralnej ramy. Przyciągany niewidzialną siłą podszedłem do śnieżnobiałej ściany ozdobionej gipsową bordiurą przedstawiającą liście i żołędzie. Widywałem coś podobnego tylko w kościele i po chwili zrobiłem naprawdę okropną rzecz: uchwyciwszy palcami jeden z żołędzi, spróbowałem go odłamać, a kiedy nie odpadł, wyjąłem z kieszeni scyzoryk i podważyłem ornament. Nie powodowała mną żądza zniszczenia; nie byłem małym, złośliwym wandalem. Po prostu zdjęty bezbrzeżnym podziwem zapragnąłem uszczknąć dla siebie choćby kawałeczek tego pięknego domu, jak gdyby upoważniał mnie do tego właśnie ów zachwyt, który w moim przekonaniu wyróżniał mnie sposób innych, zwyczajnych dzieci. Można powiedzieć, że byłem jak mężczyzna, który pragnie mieć tylko dla siebie kosmyk włosów dziewczyny, do której zapałam właśnie gorącym uczuciem.
Niestety, żołędź wreszcie dał za wygraną i odpadł, acz nie tak gładko, jak oczekiwałem, gdyż na posadzkę poleciała chmura białego pyłu i gipsowe okruchy, co sprawiło mi niejaki zawód. Pewnie wyobrażałem sobie, że też jest marmurowy.
Ale nikt nie nadszedł, nikt mnie nie przyłapał. Jak to mówią, wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. Schowałem swoją zdobycz do kieszeni i wślizgnąłem się z powrotem w zasłonę. Po chwili wróciła pokojówka i zaprowadziła mnie na dół. Matka i ja pożegnaliśmy się ze służbą i poszliśmy do ojca, czekającego na nas w ogrodzie. Ogarnięty niezdrowym podnieceniem czułem twardy odłamek gipsu, ciążący w kieszeni. Obawiałem się, że pułkownik Ayres, człowiek porywczy i budzący lęk, odkryje szkodę i przerwie uroczystość, lecz popołudnie upłynęło bez żadnych zakłóceń i nadszedł siny zmierzch. Dołączyliśmy do grupy innych mieszkańców Lidcote i ruszyliśmy w długą drogę powrotną, a nietoperze trzepotały nad naszymi głowami jak zawieszone na niewidzialnych sznurkach.
Oczywiście matka w końcu odkryła żołędzia. Co rusz wyjmowałem z kieszeni swój skarb i wkładałem z powrotem, pozostawiając na szarych, flanelowych spodenkach bladą poświatę kredy. Gdy zrozumiała, co właściwie trzyma w ręku, o mało się nie rozpłakała. Nie zbiła mnie ani nie powiedziała ojcu, nigdy nie miała siły na kłótnie. Spojrzała tylko na mnie oczami pełnymi łez, jakby bardzo się dziwiła i zawstydziła.
- Taki mądry chłopiec jak ty powinien wiedzieć lepiej. – Chyba coś takiego powiedziała.
Kiedy byłem mały, często mówiono mi takie rzeczy. Rodzice, wujostwo, nauczyciele – wszyscy dorośli mający w jakimś stopniu udział w moim wychowaniu. Słowa te budziły we mnie niemą furię, gdyż z jednej strony pragnąłem za wszelką cenę sprostać pokładanym we mnie oczekiwaniom, z drugiej zaś burzyłem się przeciwko temu, że owa mądrość, o którą nigdy się nie prosiłem, może stać się narzędziem krytyki.

Ktoś we mnie / Sarah Waters (recenzja)

Autorka: Ramkin

W jednym z wywiadów, przeprowadzonych z Waters w czasie, gdy dopiero pracowała nad swą piątą powieścią, pisarka zadeklarowała, że tym razem w książce zabraknie wątku homoseksualnego. Czy to odważne przeciwstawienie się czytelniczym oczekiwaniom, próba wyjścia z „tęczowego getta”? Przede wszystkim autorka nie boi się etykietki twórczyni literatury lesbijskiej. W jej ojczyźnie to tylko jedna z możliwości klasyfikacji, ani degradująca, ani nobilitująca, ani lepsza od zamknięcia w szufladce oznaczonej „Czytadła”, ani gorsza, aniżeli przypisanie do jakże szerokiego nurtu kobiecego. Waters jest ceniona i lubiana za zdolność konstruowania wciągających fabuł, przy czym każda jej kolejna propozycja okazuje się ciekawsza w kontekście dotychczasowego dorobku.

„Ktoś we mnie” zabiera nas w scenerię znaną z „Niebanalnej więzi” i po części również „Złodziejki” – mniejsza o to, czy architektura (jako niemal bohater książki) pochodzi z czasów Jerzego, Wiktorii, Edwarda, czy innego władcy: liczy się nastrój angielskiego gotycyzmu. Z drugiej strony, Waters eksploruje epokę, którą zajęła się – w sobie właściwy skrupulatny sposób – w „Pod osłoną nocy”. Nie spodziewajmy się wszakże opowieści inicjacyjnej („Muskając aksamit”), wielokrotnego qui pro quo „Złodziejki” ani narracji achronologicznej („Pod osłoną nocy”). Tym razem bowiem pisarka dała upust swej młodzieńczej fascynacji historiami o duchach, i zaproponowała fabułę zarazem tradycyjną i na wskroś współczesną. Dialog intertekstualny odsyła nas przede wszystkim do „Zagłady domu Usherów” Poego, co jest wprost zasygnalizowane przez pozycję postaci ogniskującej, doktora Faradaya, oraz imię jednego z protagonistów (Roderick). W drugiej kolejności pojawiają się skojarzenia z „Małpią łapką” Jacobsa, zarówno ze względu na podobieństwo czasu akcji, jak i prawidła budowania napięcia. Przedmiotem tego ostatniego jest status zjawisk paranormalnych, jakich areną staje się Hundreds Hall, rezydencja podupadłego rodu arystokratycznego. Nie zyskujemy racjonalnej odpowiedzi, jak w przypadku sprytnej intrygi przeprowadzonej przez Selinę w „Niebanalnej więzi”, ale też takiej odpowiedzi nie oczekujemy. Co wyróżnia Waters, sprawia, że „Ktoś we mnie” nie sprowadza się do cokolwiek cynicznej (a może, łagodniej rzecz ujmując, ironicznej) postmodernistycznej gry z konwencjami? Po wyczerpaniu się właśnie takiej formuły, wymagający czytelnicy wyraźnie zwrócili się do absorbujących, przywracających wiarę w siłę sugestywnej opowieści fabuł. Rzecz jasna, rynek książek łatwych w odbiorze nigdy nie upadł, ale tu odwołuję się do czytelników wyrobionych, być może zaznajomionych z teoriami literatury, a chcącymi, by tak zwany „page-turner” nie obrażał ich inteligencji. Piąta powieść Waters utrzymuje w napięciu, zachęca, poprzez sugestywny język (którego moc nie została na szczęście do końca zatracona w dokonanym pośpiesznie przekładzie), by poddać się atmosferze „z dreszczykiem”, a nie wzruszać ramionami w reakcji na dobrze skądinąd znane chwyty.To rekomendacja o charakterze ogólnym. Odpowiedź na pytanie, czy w „Kimś we mnie” istotnie brak postaci homoseksualnej, zależy od rangi, jaką nadajemy pewnym rozproszonym sugestiom. Mogą być one interpretowane dwojako, jednak chyba należy się zgodzić, iż powieści szczególnej melancholii przydaje atmosfera niespełnienia. Dzięki niej nieco łatwiej sympatyzować z bohaterami, a szczególnej wagi nabierają momenty, w którym przełamywana jest „tradycyjnie brytyjska” powściągliwość. Zafiksowane w obrazie idealizowanej przeszłości (dotyczy to nawet Faradaya) postaci okazują się wtedy żywe, niepokryte patyną i pajęczynami, jednak skazane na byt pod pochmurnym niebem, którego nie rozświetli tęcza happy endu. To widoczne zarówno dla odbiorcy, jak i dla bohaterów, z których każdy znajduje sobie właściwą drogę ucieczki z opresyjnej rzeczywistości. Konstatacja, iż to metafora losu geja czy lesbijki w homofobicznym środowisku, byłaby jednak nadużyciem.

19 października 2009

Jesień z Audenem / Tadeusz Olszewski (fragment)

MIĘDZY TRZECIĄ A PIĄTĄ NAD RANEM

W porze kiedy zaczyna brakować słów
i wszystko, nawet gesty miłosne, wydaje się trudne,
kiedy sierpień samobójczo spopiela gwiazdy
i wreszcie powinniśmy zatrzymać szaloną pamięć,
kiedy wiadomo już, że także i ta noc była tylko jednym z licznych złudzeń
a ciało, jak zwykle, dopuściło się prostego oszustwa
- poeta Auden odstawia pustą butelkę i myśli,
że już czas pakować walizki. Lekko uszminkować wargi.
Wyjechać stąd.
Świt bowiem jest zawsze początkiem podróży Albo porą
kiedy zmęczeni kochankowie odsuwają się od siebie
sztywnieją plamy na prześcieradłach w portach lotniczych gasną światła
zaś samotni chłopcy
mimowolnie zsuwają slipy i odwracają się do ściany zimnej niczym płatna miłość.

Między trzecią a piątą nad ranem złe miasta układają się do snu
w Paryżu pustoszeje rue Piggalle opadają powieki znużonych
i twój cień
staje się ostry
jak nóż nagłym ruchem przyłożony do gardła.

Kościelisko, 12 sierpnia 1991

Jesień z Audenem / Tadeusz Olszewski


"Mamy w wierszach Olszewskiego do czynienia z nocą sprowokowaną, nocą - jakby - przywabioną. (...) Noc to pora, kiedy ów dziwak, człowiek nadwrażliwy, wielokrotnie doświadczany i raniony, może odpocząć. Tutaj, w obliczu anonimowości i niewidzialności, może spokojnie otworzyć oczy. (...) Ciemność dodaje mu otuchy, ale poeta i jego bohater mają świadomość tego, iż ciemności nie wolno wierzyć do końca - jest przecież ona zarówno domeną tajemnej miłości, jak i krzykiem, metaforą realnego istnienia. (...) Dopiero w gęstej ciemności możemy wsłuchać się w spokojny oddech u naszego boku, poczuć prawdziwe ciepło bliskiego ciała. Dopiero tam - gdy zostajemy sam na sam z naszymi myślami - odkrywamy najtajniejsze zakamarki jaźni".
(Dariusz Tomasz Lebioda, "Pismo Literacko-Artystyczne", nr 6/1988)

"...podmiot liryczny wierszy Olszewskiego jest, z potocznego punktu widzenia, nieszczęśliwy, chory, samotny, napiętnowany innością. (...) Jednakże czytając te wiersze, nie można oprzeć się wrażeniu (ponad jakimkolwiek odautorskim komentarzem), że to nie ów podmiot, ale otaczająca go współczesność jest nienormalna, chora, zdegenerowana, niszcząca jednocześnie podstawowe wartości, które skądinąd są fundamentem jej egzystencji."
(Stefan Jurkowski,
"Słowo Powszechne", nr 44/1990)

17 października 2009

Zatoka Ostów / Tadeusz Olszewski

Powieść pachnąca latem, morzem, wakacjami w Grecji i… zakazaną miłością. Gdy życie nie pozwala być sobą, przypadek może uruchomić lawinę zdarzeń, której nie da się zatrzymać i po przejściu której już nic nie będzie takie jak dawniej.

Wyobraźmy sobie kraj, w którym nie ma gejów. To znaczy taki kraj, w którym geje muszą udawać heteryków. To bez wątpienia państwo totalitarne, w którym możliwa jest tylko jedna orientacja seksualna. Zatoka Ostów opowiada właśnie o takim heteromatriksie, który został zaszczepiony w umyśle głównego bohatera. Piotr żyje pod wpływem terroru heteroseksualnej tożsamości, którą wciąż musi konstruować, potwierdzać, choć tak naprawdę, w głębi duszy, czuje, że jest gejem. Odkrywa to powoli, stopniowo.
Zdążył jednak zabrnąć o krok za daleko. Stworzył wokół siebie cały system pozorów, które utrzymują heteroseksualny świat: ożenił się, ustatkował, zdobył pozycję. Przekroczenie normy równałoby się z osunięciem w czyste szaleństwo. Co jednak zrobić z homoseksualnym pożądaniem, które im bardziej stłumione, tym mocniej powraca? Czy homoseksualny romans z młodym Anglikiem, poznanym podczas wakacyjnej podróży do Grecji, ma szansę na przetrwanie? Jak się zachować wobec żony, która dostrzega tę przemianę?
(z Posłowia Tomasza Kaliściaka)

10 października 2009

Tęczowy elementarz, czyli (prawie) wszystko co chcielibyście wiedzieć o gejach i lesbijkach / Robert Biedroń (fragment)

Co oznaczają słowa gej i lesbijka?
Jeśli jesteś mężczyzną i czujesz, że dla Ciebie atrakcyjni seksualnie i emocjonalnie są wyłącznie lub prawie wyłącznie tylko mężczyźni to jesteś gejem. Podobnie z kobietami - jeśli dziewczyna odczuwa wyłącznie lub prawie wyłącznie pociąg seksualny i emocjonalny do dziewczyny jest lesbijką. Gdy chłopak czuje wyłącznie lub prawie wyłącznie pociąg seksualny i emocjonalny do dziewczyny to mówimy, że jest heteroseksualny. Jeszcze inaczej jest z ludźmi biseksualnymi - to osoby, które czują pociąg seksualny i emocjonalny do osób obu płci.

Słowo gej pochodzi z języka angielskiego (ang. gay) i oznacza kogoś wesołego, skłonnego do żartów. W Stanach Zjednoczonych używane było jako słowo obraźliwe wobec mężczyzn homoseksualnych, ale później zostało przez nich samych zneutralizowane, sami mężczyźni zaczęli w ten sposób siebie określać. Ruch gejowsko-lesbijski w latach sześćdziesiątych XX wieku celowo więc używał słowa gej aby je zneutralizować i sprawić, że używane będzie w dyskursie publicznym jako nieobraźliwe.
Dzisiaj to słowo występuje w wielu językach jako neutralne określenie homoseksualnych mężczyzn i kobiet.W języku polskim słowo gay pojawiło się w latach osiemdziesiątych, głównie w prasie homoseksualnej, gdzie oznaczało mężczyznę homoseksualnego. Początkowo używane w swej anglojęzycznej formie, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przybrało spolszczoną formę gej.Określenie lesbijkadziewczyna z Lesbos na opisanie kobiety, która była zainteresowana drugą kobietą. Na określenie lesbijek używano również słowa trybady, uryjskie kobiety, safistki. pochodzi od nazwy greckiej wyspy Lesbos, na której żyła Safona, najsławniejsza poetka starożytnej Grecji z przełomu VII i VI wieku p.n.e. Safona przez wielu uważana była za lesbijkę lub kobietę biseksualną. Około 520 r. p.n.e., grecki poeta - Anakreont z Teos użył określenia

Safona (628-568 p.n.e.)
Najwybitniejsza przedstawicielka greckiej poezji lirycznej (liryka eolska) VII i VI wieku p.n.e. Pochodziła z miasta Mytilene na egejskiej wyspie Lesbos i była córką Skamadrymanosa i Kleuis. Według opisów była kobietą smukłą, o delikatnych rysach. Zachowane wizerunki najczęściej przedstawiają ją z lirą w dłoni. Platon nazwał ją dziesiątą muzą. Wyszła za mąż za bogatego kupca. W czasie rozruchów na wyspie musiała z niej uciekać. Schroniła się na Sycylii, później jednak powróciła na wyspę Lesbos. Jej twórczość w 9 księgach, zachowała się we fragmentach (Hymny do bogów, Pieśni weselne, Pieśni miłosne, Pieśni do przyjaciółek). Safona wprowadziła własną miarę wierszową (strofa saficka). Była inspiracją dla Katullusa, który jeden z jej wierszy przełożył na łacinę, a na wielu się wzorował. Do twórczości Safony nawiązywało wielu poetów starożytnych i współczesnych.

Z Pamiętnika Tęczowego Czytelnika: Tęczowy elementarz, czyli (prawie) wszystko co chcielibyście wiedzieć o gejach i lesbijkach / Robert Biedroń


Całe szczęście, że orientacja seksualna nie determinuje tego, jakie książki mają mi się podobać lub nie. Gdyby tak było, to z pewnością fakt, iż jestem lesbijką wymagałby mojego zachwytu nad "Tęczowym elementarzem", którego nie jestem w stanie z siebie wykrzesać, choćby w minimalnych ilościach.

"Tęczowy elementarz, czyli (prawie) wszystko co chcielibyście wiedzieć o gejach i lesbijkach", jak sama nazwa wskazuje, z założenia jest podręcznikiem uczącym tolerancji względem gejów i lesbijek. Składa się z ponad stu pytań dotyczących osób o odmiennej orientacji seksualnej niż heteroseksualna. "Niektóre z nich mogą wydawać się naiwnymi, oczywistymi lub po prostu dziwnymi" [1] - pisze autor we wstępie. I ma prawie 100% rację, pomylił się tylko w stwierdzeniu "niektóre". Powinien napisać "większość z nich".

Odpowiedzi na te (i tak często głupawe) pytania obrażają moją inteligencję, jako czytelnika. No przepraszam, ale tak prostym językiem to można pisać chyba tylko do dzieci! Tylko po co w takim razie wspominać im o tym "jak wygląda seks gejowski lub lesbijski?" [2], a także robić wykład na temat historii ruchu lesbijsko-gejowskiego w Polsce? Nie mam pojęcia do kogo jest adresowana ta książka, którą (nawiasem mówiąc) autor chciałby widzieć w kanonie lektur szkolnych.

Drugą rzeczą, która mnie bardzo raziła podczas lektury, był fakt, że autor cały czas konsekwentnie używał słowa "homoseksualność" ani razu nie używając terminu homoseksualizm. To chyba przykład "izmofobii", bo jak inaczej wytłumaczyć tę niepoprawną formę językową pojawiającą się na każdej prawie stronie? Rozumiem, że "homoseksualizm" brzmi medycznie, twardo, nieprzyjemnie, że homoseksualność ma jakieś takie lżejsze brzmienie, ale może chociaż autor by wspomniał, czemu zdecydował się na używanie nieistniejącego słowa? Tym bardziej, że niejednokrotnie przytacza historyczne znaczenie m.in. słów "gej", "queer", które wcześniej były używane obraźliwe, lecz zostały "odczarowane" przez środowiska gejowsko-lesbijskie i obecnie mają wydźwięk neutralny. Dlaczego tego samego nie uczynić z "homoseksualizmem"? Niestety, nie tylko tutaj i nie tylko on używa pojęcia "homoseksualności" i z pewnością stanie się ono terminem poprawnym, jednak to już temat na inny artykuł.

Trzecim i umówmy się, że ostatnim zarzutem (choć pewnie znalazłoby się ich więcej) jaki mogę śmiało postawić tej książce, jest fakt, że autor nigdzie nie powołuje się na źródła, z których korzystał przy tworzeniu tej książki. Notki np. o Safonie, łącznie z datą jej narodzin i śmierci, imieniem ojca i matki, wyglądają podejrzanie bez żadnego odsyłacza, który informowałby nas o źródle tych informacji. Nie chce mi się wierzyć, by autor miał tak pojętną głowę, że dosłownie wszystko napisał bez sięgania do żadnych źródeł. Tym bardziej fragmenty, w których Biedroń rzekomo powołuje się na stan badań psychologicznych, psychiatrycznych czy medycznych dotyczących homoseksualizmu i nawet nie raczy poinformować nas o tym kto przeprowadził te badania, kiedy i czego konkretnie dotyczyły. Być może faktycznie odsyłacze na każdej stronie nużyłyby czytelnika, tym bardziej gimnazjalistę i licealistę, do którego prawdopodobnie kierowana była ta książka, ale jeżeli autor sam zaznacza, że marzy mu się, by sięgali po nią także rodzice osób nieheteroseksualnych [3] to mógłby wykazać trochę odrobiny szacunku nie tylko już dla samego dojrzałego czytelnika, ale i dla ludzi, którzy poruszali te tematy wcześniej, czy przeprowadzali przytaczane badania i umieścić chociażby bibliografię. No chyba, że bibliografia kryje się pod hasłem "przydatne lektury".

Przyznam się szczerze, że tej książki nie połknęłam od deski do deski, choć zajęła mi zaledwie jeden wieczór. Tylko dlatego, że znudzona tematyką omijałam spore fragmenty tekstu i śmiem podejrzewać, że nic przez to nie straciłam. Oczywiście nie oznacza to, że cała książka jest nic niewarta. Znalazłam w niej kilka interesujących informacji dotyczących literatury lesbijsko-gejowskiej czy historii ruchu lesbijsko-gejowskiego na świecie i w Polsce. Jednak są to tylko drobne wzmianki, które mimo wszystko nie przesłaniają całego niesmaku, jaki pozostawia po sobie ta książka. I nie jest to niesmak spowodowany tematem jaki autor chciał poruszyć, a jedynie sposobem w jaki się za to zabrał.

[1] Robert Biedroń, "Tęczowy elementarz, czyli (prawie) wszystko co chcielibyście wiedzieć o gejach i lesbijkach", Wydawnictwo AdPublik, 2007, s. 11.
[2] Robert Biedroń, "Tęczowy elementarz, czyli (prawie) wszystko co chcielibyście wiedzieć o gejach i lesbijkach", Wydawnictwo AdPublik, 2007, s. 106.
[3] Robert Biedroń, "Tęczowy elementarz, czyli (prawie) wszystko co chcielibyście wiedzieć o gejach i lesbijkach", Wydawnictwo AdPublik, 2007, s. 12.

8 października 2009

Parametry pożądania. Kultura odmieńców wobec homofobii / praca zbiorowa

Studia nad mniejszościami seksualnymi prowadzone z pozycji niehomofobicznych i związana z nimi teoria queer rozwijają się dynamicznie od lat 90. Od kilku lat obecne są także w Polsce. W najnowszej książce poświęconej kulturze odmieńców autorzy podjęli polityczną i kulturową dyskusję nad różnymi uwarunkowaniami zjawiska homoseksualizmu w kontekście lokalnym. Na niniejszy tom składają się teksty zróżnicowane pod względem reprezentowanych dyscyplin naukowych, metodologii i punktów widzenia, mające zarówno charakter ogólny, jak i przedstawiające szczegółowe badania z zakresu socjologii, literaturoznawstwa, filmoznawstwa i sztuk plastycznych. Interdyscyplinarny charakter całości pozwolił na zaprezentowanie omawianych zjawisk kulturowych i społecznych w zróżnicowanych i wzajemnie oświetlających się aspektach.
Czytelnik znajdzie tu m.in.: - rozważania nad rolą antropologii i socjologii w studiach nad nieheteronormatywną seksualnością;
- wyniki badań ankietowych dotyczących sposobu postrzegania gejów i lesbijek przez heteroseksualistów oraz przez osoby homoseksualne;
- obserwacje na temat sposobu, w jaki polskie media mówią o seksualnej odmienności;
- omówienie homofobicznych stereotypów wśród samych homoseksualistów;
- próbę odczytania seksualnej odmienności w kontekście polskiej tradycji na przykładzie chrześcijańskiej grupy gejów działającej na marginesie Kościoła;
- refleksję nad nieobecnością lesbijek w sferze publicznej i charakterystykę stron internetowych polskich lesbijek;
- analizę wątków homoerotycznych w prozie Andrzeja Stasiuka, poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, średniowiecznym romansie francuskim "Lancelot", filmach Krzysztofa Zanussiego, sztuce performance Krzysztofa Junga i malarstwie Jana Matejki.

Spis treści:
- Wstęp
- W kręgu wykluczeń. Antropologiczne refleksje nad kategoriami tożsamości w narracjach gender studies
- Wszyscy jesteśmy odmieńcami. Przyczynki do społecznej teorii queer
- Homoseksualiści w Polsce. Studium środowiska (fragmenty)
- "Przegięte ciotki mile widziane" - o homofobii gejów i lesbijek
- Świątynie sodomy, albo w kim się objawia boża miłość
- Stereotypy a orientacja seksualna. Obraz "typowego" geja i lesbijki w oczach młodych mężczyzn
- Queer w zwierciadle polskich mass mediów
- Homofobia, czyli dwugłos o prawach gejów i lesbijek na łamach "Gazety Wyborczej"
- Jak to robią lesbijki w sieci. Zadymiony pokój i ucieczka od branży
- Pomiędzy pomiotem a przedmiotem... O mistyfikacjach i nieobecności miłości między kobietami w kulturze
- Barwy ochronne, czyli kino seksualnego niepokoju
- Odmieniec zawłaszczony. Rozważania wokół obrazu Dziewica Orleańska (1866) Jana Matejki
- Performance pożądania. Po nitce do kłębka, czyli erotyka Krzysztofa Junga
- Szczeliny tożsamości. Męski podmiot i jego Inny w prozie Andrzeja Stasiuka
- Pożądanie olbrzyma: o wątku homoerotycznym w starofrancuskim romansie Lancelot
- Obsesje Dyckiego. Homoseksualność na tle pozostałych problemów tożsamościowych bohatera wierszy autora Przewodnika dla bezdomnych
- Dyskretny urok karnawału

4 października 2009

Damy z Bath / Susan Swan (fragment)

Nazywam się Myszka, Myszka Bradford. Mary Beatrice Bradford, gdybym chciała się nad tym rozwodzić. Mam szesnaście lat, tyle ile Paulie wtedy, gdy dokonała tego dziwnego napoleońskiego aktu samookreślenia. Użyła w tym celu skalpela mego ojca, a nie noża introligatorskiego, o którym mówili w wiadomościach. Było to ostrze chirurgiczne, "B-P Rib Back", długości jednego i trzech czwartych cala, całkiem nowe, które Sal, moja macocha, musiała zamówić dla Morleya z katalogu medycznego "Hartz". Trzymałam je w lekarskim kuferku Morleya w moim pokoju w szkole. Torba była niewiele większa od damskiej torebki. Prawdziwe cudeńko z czarnej cielęcej skóry z solidnymi skórzanymi rączkami. Trzymałam ją u siebie, żeby przypominała mi o Morleyu. Nie miałam nic innego, co potwierdzałoby, że jestem jego córką, oprócz głęboko osadzonych oczu o osobliwie błyszczącym spojrzeniu i palców długości pięciu cali.
"Dłonie pianistki" - stwierdziła pani z poradni zawodowej. Do głowy jej nie przyszło, że mam dłonie chirurga jak mój ojciec. Nie sądziła, że dziewczęta jak ja czy Paulie mogą mieć poważne zawody. Nawet nasza dyrektorka, panna Vayghan, uważała, że wystarczą nam umiejętności praktyczne. Nie mogę powiedzieć, żeby te przekonania specjalnie mi przeszkadzały. Wcale nie chciałabym umieć posługiwać się skalpelem z na wpół morderczą precyzją. Powinnam chyba wyrażać się jaśniej, bo inaczej Alicja zmyje mi głowę: jeśli ktoś potrafi zrobić precyzyjne maleńkie nacięcia w odpowiednich miejscach, tak że nikt nawet się nie zorientuje, iż pacjenta pokrojono jak indyka na Święto Dziękczynienia, to jest w stanie pokroić każdego i to w każdej chwili.
Na szczęście praca lekarza nigdy nie była mi pisana. Po pierwsze szybko mdleję. Widok krwi po prostu mnie wykańcza. Robi mi się słabo na sam dźwięk słowa "igła". Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, jak ze skalpelem Morleya w dłoni wycinam sobie nową tożsamość.
Bez butów mierzę pięć stóp i cztery i pół cala - nie jestem specjalnie wysoka, ale znam wiele dziewczyn niższych ode mnie. Najbardziej mysie są moje malutkie, wachlarzowate uszy i długi, spiczasty nos, dzięki któremu wyglądam na starszą i mądrzejszą. Lewe ramię jest lekko zaokrąglone, niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że jestem po prostu garbata i nie mogłabym się z tym nie zgodzić. Nazywam mój garb Alicją, po mojej prawdziwej mamie. Imię to pochodzi od niemieckiego "Adelajda" i oznacza "szlachetnego pochodzenia". Biedna Alicja nie jest tak bystra jak ja, ale to dzięki niej jakoś się trzymam. Dla niej liczy się tylko prawda.
Wiem, na przykład, że Alicja wolałaby, żebym opowiedziała wam o moim udziale w zbrodni popełnionej przez Paulie, bo nikt inny nie zechce tego słuchać. Nie mogę porozmawiać z Sal, której karcącego głosu zwyczajnie nie jestem w stanie znieść. Sal zabrała mnie ze szkoły, po tym jak Paulie zrobiła to, co zrobiła, i wysłała mnie do wuja w Point Edward (albo Punk Edward, jak mawiał Morley). Sal mówi, że to nie ma znaczenia, że z punktu widzenia prawa nie zrobiłam nic złego. Ale nie ma dymu bez ognia, więc lepiej, żeby zniknęła z oczu.
Nie urodziłam się z poważnym skrzywieniem kręgosłupa czy też kifozą, jak nazywają to lekarze tacy jak Morley. Po tym, jak zachorowałam na polio, mięśnie pleców skurczyły się i kręgosłup wykręcił się w lewo, jakby ktoś za mocno pociągnął korkociąg. Morley uważał, iż z wiekiem prawdopodobnie z tego wyrosnę, ale specjalista, do którego zostałam skierowana przez szkołę, stwierdził, że potrzebuję pomocy kręgarza. Morley miał zamiar zabrać mnie kiedyś do takiego specjalisty. Morley miał zamiar zrobić wiele rzeczy.
Jak lubiła mówić Sal, dzieci szewca chodzą bez butów. Powtarzała to, gdy owijała mi twarz szalem, aż wyglądałam jak muzułmanka, wypychając mnie przez drzwi kuchni w Madoc's Landing. Po drodze do szkoły szal robił się wilgotny od oddychania. Wilgoć zamieniała się w maleńkie kulki lodu i tak zmrożony materiał ocierał się o i tak już czerwony od wycierania nos. Chciało mi się płakać, ale od tego nos zrobiłby się jeszcze bardziej mokry i czerwony, wlokłam się zatem pomiędzy sięgającymi parapetu zaspami, wymyślając, co by tu zrobić, żeby dostać gorączki. Gorączka była jedynym uznawanym przez Morleya objawem choroby.
Pół kreski powyżej 98,6 stopni Fahrenheita i mogłam zostać w domu. Od kiedy skończyłam dwanaście lat, eksperymentowałam z gorącymi szmatkami i małymi plastrami gorczycznymi przyklejanymi na czoło. Czoło robiło się gorące również od masturbowania się. Nie byłam jednak zbyt dobrze zorganizowana i bałam się, że mi się nie uda. Bałam się, że Sal wejdzie do pokoju i przyłapie mnie z dowodem występku na czole i z ręką w nieodpowiednim miejscu.
Zimno jest dosyć dziwnym symbolem nieodwzajemnionej miłości, ale w moim przypadku tak już jest. Każdej zimy przeziębiałam się kilkakrotnie z powodu nieodwzajemnionych uczuć do ojca. Zdaje się, że niektórzy ludzie wielbią zmarłych świętych. Ja mam Morleya. Zwykłe przeziębienie nie jest przynajmniej tak krępujące jak czerwonka pełzakowa, której opis w starym podręczniku medycznym Morleya jako poważnego zaburzenia przewodu żołądkowo-jelitowego brzmiał jak opis zjawiska atmosferycznego. Często udawałam objawy choroby, żeby Sal zabrała mnie do Morleya. Trudno było uwierzyć, że ten wielki roztargniony mężczyzna w białym fartuchu pachnącym krochmalem i chemikaliami, kiwający się na biurowym stołku, ma ze mną coś wspólnego.
Najpierw Morley zaczynał swoją gierkę. Mrugał do Sal i gryzmolił coś na recepcie. Muszę przyznać Morleyowi, że potrafił na poczekaniu znaleźć związek z pierwszą lepszą przypadłością z podręcznika medycyny. Sal mówiła wtedy, że ojciec uczy mnie kłamać, więc przestawał.
Zawsze, kiedy dopada mnie przeziębienie, które rozłożyłoby na łopatki samego wspaniałego doktoro Morleya Bradforda, słyszę głos Sal powtarzającej przysłowie o dzieciach szewca. W chwilach, gdy jestem dla siebie twarda, pozwalam jej sobie pogadać. A czasami myślę sobie: Popłacz sobie, moja biedna Myszko. Wyrzuć to z siebie, moje biedactwo. Po czym, oczywiście, nie jestem w stanie uronić ani łezki.
Są jeszcze inne rzeczy, które mogłabym o sobie opowiedzieć, ale najpierw chciałam podać najważniejsze fakty: moja beznadziejnie nieodwzajemniona miłość do Morleya i krzywe plecy. Kolejną ważną cechą jest moja nieśmiałość.
Zazwyczaj nie mówię dużo, ale jeśli już mi się zdarzy, Sal orzeka, że ciągle zmieniam tematy i przypominam jej krzak, który zbytnio się rozgałęzia. "Wróć do sedna Myszko" - powtarza zawsze wtedy, gdy dochodzę do najciekawszego miejsca opowieści. Sal chciałaby, żebym trzymała się głównego tematu i unikała dygresji. A ja bardzo lubię to rozgałęzianie. Dla prostej kobiety ze wsi jak Sal, która dorastała na nizinach Elmvale i znalazła się w Madoc's Landing akurat po śmierci mojej matki, pierwszej Alicji, jest to jednak zupełnie niepotrzebne, a wręcz podejrzane. Sal ma przy tym więcej wyobraźni niż można by się spodziewać. Potrafi na przykład wymyślać powiedzenia, jakie nigdy nie przyszłyby wam do głowy. W większości z nich występują psy. Na przykład "Nie nauczysz starego psa nowych sztuczek". Albo "Pieskie to życie". Czy jeszcze "Możesz zaprowadzić psa do strumienia, ale nie możesz zmusić go do picia".
Sal mówi, że kiedy skandal trochę ucichnie, będę mogła wrócić i pomóc jej w prowadzeniu pensjonatu, który urządziła w domu Morleya i moim w Madoc's Landing. Do tego czasu muszę jednak zostać w Point Edward z wujem i moją towarzyszką Alicją, która jest dla mnie jak matka. Tyle że żadna ze znanych mi matek nie opowiada nieprzyzwoitych dowcipów.

- O, właśnie, Myszko. Dlaczego dziewczyny nie mają penisów?
- Bo nie chcą?
- Nie bądź głupia. Bo do myślenia używają głowy.

Tak więc widzicie, Sal ma rację: znów zaczynam robić dygresje, kiedy powinnam wrócić do tematu Paulie Sykes i opowiedzieć o tym jak w Bath Ladies College zagrała w przypinanie osiołkowi ogona.

Damy z Bath / Susan Swan

WRESZCIE DOCZEKALIŚMY SIĘ "BUSZUJĄCEGO W ZBOŻU" DLA DZIEWCZYN!!!
Takie były zgodne opinie o tej powieści Susan Swan, kanadyjskiej pisarki, profesor York University w Toronto.

Do Bath Ladies College, żeńskiej szkoły z internatem, trafia Mary Bradford - dla przyjaciółek: Myszka. Ale o przyjaciółki tu trudno. Zwłaszcza gdy ma się mały garb - pozostałość po polio. A i otoczenie działa przygnębiająco.

W tak ckliwej scenerii nietrudno było mi wyobrazić sobie Virginię Woolf, kiedy w długiej spódnicy z kieszeniami pełnymi kamieni idzie utopić się w strumieniu. I często myślałam o Virginii, kiedy było mi smutno. Zawsze mi pomaga, jak myślę, że komuś innemu jest jeszcze smutniej niż mnie...

I gdyby nie było tam Pauline Sykes, przywiezionej do szkoły z zakładu dla trudnych dziewcząt, Myszce pozostałoby tylko pisać listy do Johna Kennedy'go i "prowadzić dysputy" ze swoim... Garbem, nazywanym Alicją. To Paulie obudzi w Myszce kobietę, mimo że sama chciałaby być... mężczyzną! I zrobi wiele, by tego dopiąć. Aż za wiele... Tragedia jest nieunikniona.