Mossek nie spóźnił się. Przyszedł dokładnie o piątej. Grywałd usłyszał obce kroki na korytarzu. Wstał, otworzył drzwi i teraz dopiero uwyraźniło mu się, że będzie musiał rozmawiać. A przecież nie było nic, co by mu chciał powiedzieć. Mossek szedł z pochyloną głową, zdjął kapelusz, włosy jego świeciły się w nikłym świetle korytarza, kroczył wolno i patrzył pod nogi, aby się w mroku nie potknąć. Nie widział Grywałda. Nie poczuł na sobie jego wzroku.
- To tu - szepnął Grywałd, ale odezwał się za cicho. Teraz widząc, że jego słowa nie dobiegły do uszu chłopca, zawstydził się szeptu, zrozumiał, że się zachował nienaturalnie. Powinien przecież wyjść naprzeciw Mosska, przywitać się i zaprowadzić do pokoju. Nagle służąca, która szła za Mosskiem, spostrzegłszy Grywałda, rzekła:
- Proszę pana, to do pana.
Mossek podniósł głowę i ujrzał Grywałda.





