Literacki falstart
Przeczytałam w swoim życiu wiele pamiętników: jedne prawdziwe, inne fikcyjne. Większość z nich łączy to, że lubię do nich powracać, otwierać na byle jakiej stronie i przypominać sobie historię bohatera od środka, w byle jakiej kolejności. Dlatego też ciężko znoszę przypadki, gdy ktoś bezcześci jedną z moich ulubionych form literackich. Do takich „ciężkich przypadków” należy bez wątpienia książka „Mój świat jest kobietą” Magdaleny Okoniewskiej.
Jeżeli sięgniemy po tę lekturę poznamy lesbijkę, a może biseksualistkę (wszak miała męża i wychowała córkę), która niedawno rozstała się ze swoją partnerką, nie potrafi znaleźć pracy, w dodatku należała niegdyś do Świadków Jehowy, czego nie wspomina zbyt miło. Podejmuje ona próby zarobkowe, jako korektorka; poznaje Małgorzatę, z którą relacja pozostawia wiele do życzenia; spotyka się, przypadkiem lub nie, z członkami swego dawnego zboru i przeprowadza naiwne rozprawy na temat polityki, obyczajowości, religii (poziomem swym właściwe raczej dla nastolatek niż trzydziestoletniej kobiety). Krótko mówiąc wieje tu nudą, a w dodatku ten powiew zostaje wzmocniony poczuciem sztuczności, gdyż dowiadujemy się, iż bohaterka wysyła swój pamiętnik na konkurs i zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że wiele w nim rzeczy mogło zostać przerobionych „pod publiczkę”. Autorka tłumaczy, że jej celem było ukazanie świata dorosłej lesbijki, jako świata zupełnie normalnego i w tym względzie jej się to udaje – zostajemy zanudzeni zupełnie szarym życiem, tak bardzo kojarzącym się z życiem przeciętnego Polaka, że nawet trudno się z nim solidaryzować.